No i znowu Meksyk ...

Stalo się ... po niemal 3 tygodniach bezwstydnego objadania się i obijania w Polsce musieliśmy powrocic do szarej, meksykańskiej rzeczywistosci ... Chociaż czas spędzony w rodzinnym domu byl zarówno dla Alexa jak i dla mnie nieoceniony (zwłaszcza mojej osoby - mamusinej przylepy), nie sposób bylo nam się przekonać, ze przez niemal caly pobyt przesladowalo nas jakies zezowate szczescie. Mianowicie, chociaż spodziewałam się, iz memu lubemu dane będzie doswiadczyc prawdziwej -20° polskiej zimy, miałam naiwna nadzieje, ze owy orzezwiajacy chłodzik nie przysporzy nam większych problemów w rozkoszowaniu się czasem wolnym. Niestety najpierw przeziebienie, a następnie zamarznięte tory kolejowe uniemozliwily nam podroż do Torunia i Malborka. Jakby tego bylo malo dentysta zafundował mi zakażenie bakteryjne, w którego efekcie majaczałam z bólu przez parę dni, natomiast schizofreniczny szef Alexa zagwarantowal mu dodatkowe atrakcje wakacyjne w postaci zadań domowych i dopytywania się kiedy ten zamierza stawic się w biurze ... I tak przez cale owe zamieszanie nie udało mi się spotkać z czescia przyjaciol, którzy, mam nadzieje, udziela mi rozgrzeszenia i dadzą się zaprosić na herbatę z pradem w przyszłym roku.
Nie bede ukrywać, ze z bólem serca po raz enty opuscilam ojczysta ziemie, lecz na szczescie udało mi się spakować wiekszosc rzeczy potrzebnych do szczescia każdej polskiej emigrantce: roznego rodzaju kasze, kakao Puchatek (no co? smak dzieciństwa), syropek Pini (mniam mniam), czekolaaady (jak juz kiedyś powiedziałam - przywozić czekoladę do Meksyku to jak znosić drewno do lasu, lecz w stolicy jest ona ciezko dostępna (w przyzwoitej cenie- czasem mozna ja jedynie dostać na niektórych rynkach i przy terminalach autobusowych)), sok malinowy itp, itd ... 







Komentarze

Popularne posty