niedziela, 30 czerwca 2013

Klapouchy na prezydenta! - Wybory w Meksyku

Za tydzień, siódmego lipca, w poszczególnych stanach Meksyku odbędą się wybory i tak jak w każdym państwie będą walczyć o glosy te same gęby, które uprzednio obiecały gruszki na wierzbie i inne rarytasy (oczywiście obietnic nie dotrzymując, ale to chyba oczywiste). Dlatego też pewni niepozorni obywatele ziemi meksykańskiej postanowili wziąć sprawy w swoje łapki, kopytka i skrzydełka, aby wreszcie zmienić swój kraj w krainę miodem i mlekiem płynącą (a właściwie obfitującą w mleko, ziarno, siano i kitekata).
Pierwszym z nich jest przystojny brunet Morris, kot. Jest on politykiem z krwi i kości - cały dzień nic nie robi, lecz jedynie leży i napełnia do pełna swój brzuszek kosztem podatnika - swego właściciela. Tenże właśnie widząc w nim ujmujące podobieństwo do typowego władającego męża stanu postanowił zgłosić kandydaturę tegoż sierściucha. W swoich spotach wyborczych przekonuje, iż pora pozbyć się szkodników, jakimi są szczury, a któż będzie dla nich groźniejszym terminatorem, jak nie kot. Jednocześnie zapewnia, iż w przeciwieństwie do nich, on ma czyste zarówno łapki, jak i sumienie:


KandyKOT Morris, niczym cwany lis, wykorzystuje również nietylko sprawdzone hasła wyborcze kryptomuzułmanina Barracka Husseina Obamy, lecz także jego image

W kocie mamy zaufanie
Ponieważ urok tegoż kocura jest oszałamiający niczym goła, owłosiona klata Olejniczaka natychmiast po ukazaniu się pierwszych spotów wyborczych, oczarowane niewiasty śpiewająco wyraziły swe poparcie:



Oczywiście wspomniane w powyższym spocie szczury są metaforą polityków, jednakże środowisko szczurów poczuło się zhańbione takim porównaniem, toteż zawnioskowało kandydaturę pani szczurowej Tity, która wszystkim swym wyborcom obiecuje góry sera, ponieważ nie lubi kotów, które chcą rządzić ...



Kandydat na prezydenta Ciudad Juarez, niechlubnie słynącego z seryjnych morderstw młodych kobiet, zdaje się być meksykańskim Jamesem Bondem, który w służbie swego pospolitego narodu ma oczyścić chihuahuańskie miasto z czarnych charakterów. W swoim spocie wyborczym pokazuje to jasno mówiąc: My name is Chon. El Burro Chon ("Nazywam się Chon. Osioł Chon"). Imię tegoż pana jest akronimem czterech pierwiastów niezbędnych człowiekowi do życia: węgla (C), wodoru (H), tlenu (O) i aztu (N), co sugeruje, iż podobnie on jest bezwzględnie potrzebny mieście Juarez.



Wymienieni wyżej kandydaci, to tylko cześć bohaterów, ktorzy zaszczycili swą obecnością tegoroczną kampanię wyborczą w Meksyku. Historia pokazuje, iż zwierzęta niejednokrotnie były zaangażowane w politykę (wystarczy tutaj wspomnieć o koniu, którego mianował senatorem sam Kaligula). Niejednokrotnie też stanowiły (i jak pokazuje przykład z Meksyku wciąż stanowią) satyrę na otaczającą rzeczywistość i swego rodzaju wołanie o pomoc. Takoż i jest w tym przypadku, który chociaż nie jest casusem desperatusem, wyraźnie ukazuje, iż ludzie mają dość ludzi na tzw. szczycie. My, Polacy, możemy zrozumieć Meksykan, albowiem  u nas władza tak samo kradnie ile się da, nie potrafi wykorzystać dóbr własnej ziemi, traktuje społeczeństwo jak podludzi, których jedynym zadaniem jest terminowe płacenie podatków i finansowanie sukienek żony premiera, a korupcja niczym gołębie odchody jest wszechobecna w każdym urzędzie, a zwłaszcza wśród funkcjonariuszy publicznych. Niektórzy dogłębnie zranieni meksykańscy politycy z oburzeniem zaatakowali pomysłodawców kandydatur zwierząt, twierdząc, iż jest to nie tylko nie zgodne z prawem (Carlos Aceves, PRI) i dyskredytuje polityków w oczach wyborców (Omar Fayad, PAN), lecz przede wszystkim obraża inteligencję wyborców (Javier Lozano Alarcón, PAN). Internauci usłyszawszy, tudzież przeczytawszy, te oto komentarze swych polityków w sprawie zwierzęcej kampanii stanęli w obronie jej tworcow ripostując m.in. iż po to jest wolność słowa, aby móc swobodnie głosić swoje myśli i fakt, że nie podobają się one szanownym partyjniakom może jedynie dowodzić, iż prawda kole ich w oczy (pojawiły się też ostrzejsze stwierdzenia jak np. Skoro mamy jako prezydenta takiego sukinsyna, to lepszy jest osioł Chon). Wydaje się, że właśnie podobna reakcja oraz przebudzenie i uświadomienie społeczeństwu, że yes, we can było celem Chona i spółki. Na fanpage-u Morrisa czytamy bowiem: Jestem kotem i nie zdziałam wiele. Lecz Ty możesz zagłosować na mnie na znak protestu.

Pozostali zwierzęcy kandydaci i ich hasła wyborcze:

Głosuj na Kurę Tinę! Ponieważ ma to, czego innym brakuje (dla tych, którzy się nie domyślili -> jaja)
Maya, prezydent miasta Puebli: Ani szczurów, ani dinozaurów!
Nigdy więcej ugryzień! (znaczenie las mordidas jest tutaj ambiwalentne, ponieważ oznacza nie tylko "ugryzenia", lecz także "łapówki" (warto przyjrzeć się znajdującemu się w tle samochodowi ;) ))
Tytan - prezydent Oaxaca - Jedyny, który przyznaje się Tobie, że leci na kości!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz