wtorek, 11 czerwca 2013

Fiesta mexicana

W pierwszą sobotę czerwca odbyła się impreza z okazji 75. urodzin siostry babci Alexa. I nie byłoby w tym nic interesującego, gdyby nie fakt, że były one świętowane z taką pompą, że niejedna uroczystość celebrowana w polskim gronie na jej tle przypomina jedynie potańcówkę na balu seniorów. A warto dodać, że sobotnia fiesta nie należała do tych największych organizowanych na ziemi meksykańskiej, albowiem brało w niej udział "zaledwie" 150 osób (biesiadników byłoby więcej, jednakże część osób z tzw. przyczyn osobistych nie była w stanie przybyć) ...
Ciocia Trinidad, jak na prawdziwą meksykankę przystało, rozpoczęła świętowanie w kościele. Sama msza i kazanie księdza były dopasowane do uroczystości. Chociaż nie przepadam za klerem itp., ogromnie spodobało mi się zachowanie księdza, który po skończonej mszy, zamiast uciec do zachrystii na ciepły obiadek pani Bożenki, podszedł do solenizantki, aby osobiście raz jeszcze złożyć jej życzenia...
Główna część uroczystości miała miejsce w wynajętej sali bankietowej, w której to ciotka mogła poczuć się jak królowa Elżbieta II, albowiem miejsce fiesty nosiło dumną nazwę Buckingham. Chociaż budynek ten i jego wystrój wewnętrzny z pałacem nie miały nic wspólnego (pewną zamkową atmosferę miały nadać rozwieszone na ścianach nagie miecze i umiejscowione po bokach lampiony), pomieszczenie prezentowało się wystarczająco elegancko i ładnie (Zresztą to samo mogę powiedzieć o toalecie, która była normalna, w przeciwieństwie do tych, które spotkać można niemal w każdym miejscu publicznym, jak galerie handlowe, czy parki, gdyż UWAGA! -> WC w Meksyku to istny raj dla ekshibicjonistow - budowane są bowiem w ten sposób, iż będąc wewnątrz kabiny można podziwiać osoby czekające w kolejce, jednocześnie będąc samym na widoku). Zanim zgromadzili się wszyscy goście (ci ostatni przybyli w typowym estilo de vida mexicana 3h opóźnieniem (i niech KTOŚ mi teraz zwróci uwagę, że ja się spóźniam - toć ten mój kilkudziesięcio- minutowy poślizg to tylko mały pikuś)) ... zaczęło się .... wielkie powitanie i (dla mnie) poznanie rodziny mego wybranka ...
Z najbliższą częścią rodziny mego lubego przywitałam się i wycałowałam już w kościele [oraz wysłuchałam peanów ciotek na cześć mojej urody i piękności moich (i Alexa) przyszłych dzieci]. Resztę biesiadników, których stanowili pozostała familiada, sąsiedzi i znajomi, poznałam po przybyciu do "Pałacu Buckingham". Ponieważ dotarliśmy tam względnie wcześnie, zasiedliśmy przy jednym z krągłych stolików. Tak, jak to zwyczaj nakazuje, każdy z przybyłych gości przemierzając swój powitalny trakt wokół stolików wpierw podchodził do najstarszych osób (oczywiście po złożeniu stosownych życzeń jubilatce) siedzących przy każdym z nich. Nieustannie, gdy któryś z nich zbliżał się do Nas i witał się wpierw z dziadkami, od razu był bombardowany przez Babcię, która od razu odsyłała ich do Alexa i mnie (mimo, iż przed nami siedzieli m.in. jej siostra i kuzynka z mężem), albowiem musi on/ona ko-nieee-cznie poznać partnerkę jej wnuka Alejandra, która pochodzi z Polski (babcia już przed imprezą postawiła sobie za punkt honoru zapoznanie mnie z całą zgromadzoną rodziną (nawet, jeżeli część z nich była widziana po raz pierwszy na oczy przez samego Alexa)) .... Na szczęście do absurdu nie dochodziło i witali się i całowali z każdym po kolei ... i tu się przyznam, że tęęęsknię, ogromnie tęęęksnię za słynną niemiecką powściągliwością ... Proszę nie zrozumieć mnie źle ... świadoma jestem tego, że każdy naród ma swoje zwyczaje i skoro przyszło mi wpaść miedzy wrony, to muszę krakać jak i one (i takoż czynię), lecz nie ukrywam, że nie lubię tych, moim zdaniem, przesadnych form okazywania sympatii/czułości, jak całowanie się na powitanie, czy uściśnięcie dłoni (tym bardziej, że większość Meksykan jest wzrostu przeciętnego hobbita, zatem niejednokrotnie, gdy któryś z nich podchodził do mnie, aby się przywitać, wyglądałam przy nim niczym brzoza (oczywiście fakt ten nie umknął rodzince, która gromko się z tego śmiała)) ...
Każda z przybyłych niewiast otrzymała na powitanie drewniany wachlarz w różowym, szyfonowym woreczku udekorowanym białym kwiatkiem, który, jak miało się później okazać, stanowił obowiązkowy rekwizyt każdej szanującej się damy w trakcie pewnego tańca hiszpańskiego (coś a'la flamenco). Zanim zabawa rozkręciła się na całego gościom zostały zaserwowane przeróżnego typu specjały, z których jedynie smakowała mi pierś z kurczaka nadziewana szpinakiem ... I właśnie do kuchni i [braku jakichkolwiek] umiejętności kucharza można było mieć pretensje, ponieważ jedzenie było mało smaczne (wciąż robi mi się niedobrze, jak przypomnę sobie smak makaronu smażonego na zjełczałym maśle ze startym serem i pietruszką (prawdopodobnie danie to miało imitować spaghetti alla carbonara)), a porcje tak "duże", że z imprezy wyszłam głodna (chociaż może to i lepiej) ... Kiedy goście powoli napełniali swe brzuchy, tudzież czekali z wytęsknieniem na kolejne danie, po sali krzątała się pani fotograf i robiła zdjęcia zgromadzonym na uroczystości parom ... Początkowo myślałam, ze pozowanie do wspólnej fotografii z mym wybrankiem to jeden z miłych elementów imprezy mającym na celu upamiętnić tę wiekopomną chwilę .. I faktycznie, element miły, lecz nie darmowy, gdyż kiedy później przyszedł młodzieniec z fotografiami okazało się, że za każde jedno zdjęcie należy zapłacić 50MXN (~12,50PLN) .... Alex, który od początku o tym wiedział, wyjaśnił, że w Meksyku rzeczą normalną jest, iż właściciele sal imprezowych współpracują z pobliskim fotografem, tudzież sami posiadają małe studio fotograficzne, aby tym sposobem dodatkowo zarobić.
Goście nie zdążyli nacieszyć swe podniebienie pseudoprzysmakami, kiedy pierwszy z muzykantów szarpnął w struny swej gitary. Początkowo wszyscy jedynie siedzieli pogrążeni w rozmowach z dawno niewidzianymi krewnymi i przyjaciółmi, przerywanych oklaskiwaniem artysty po każdej skończonej pieśni (który rumienił się przy tym jak jakiś młody podlotek) ... Dopiero druga wesoła kapela starszych panów porwała do tańca i niemalże wszyscy zaczęli się bawić podług Mickiewiczowskiego "hasła": Jedzą, piją, lulki palą, | Tańce, hulanka, swawola; | Ledwie karczmy nie rozwalą, | Cha cha, chi chi, hejza, hola! Warto w tym miejscu zaznaczyć, iż w rzeczy samej Meksykanie potrafią tańczyć i bynajmniej nie jest to taniec znany z polskich dyskotek typu "kołyszę się pod ścianą", "otwieram i zamykam piekarnik", czy "podskakuję z nóżki na nóżkę", lecz salsę, flamenco, country (!!!), twista, czy różnego typu meksykańskie tańce regionalne. Oczywiście jedni kołysali się lepiej, drudzy gorzej, lecz cały ten "show" wbił mnie w krzesło i onieśmielił.
Około godz. 20 babcia Alexa przybiegła do nas w skowronkach i obwieściła, iż za chwilę przybędą Mariachis i przez następne dwie godziny uświetlnią swoim występem urodziny jej siostry Trini. Jedocześnie zagroziła mi, że nie będzie mnie lubić, jeżeli nie docenię ich muzyki (oczywiście niezwłocznie oświadczyłam jej, iż ich uwielbiam - przecież komu, jak komu, ale babci podpaść nie mogę). Po kilku minutach można było usłyszeć charakterystyczne gwizdnięcia, które zwiastowały nadejście tych sztandardowych, meksykańskich muzykantów. Kiedy pojawili się w sali bankietowej, część ludzi powstała i zaczęła klaskać (babcia Alexa dodatkowo piszczała i płakała ze wzruszenia niczym ongiś małolata na koncercie Beatles'ów). Wówczas zagrali solenizantce pieśń urodzinową i wraz ze zgromadzonymi biesiadnikami wznieśli toast (nty tego dnia/wieczora). Wnuk cioci Trini poprosił jednego z nich o zagranie ulubionej cantaty jej zmarłego przed dwoma laty syna. Miał to być swego rodzaju hołd na jego cześć, który jednocześnie sprawił, iż niektórzy krewni nie byli w stanie ukryć emocji i szczerze płakali. Jednakże szybko otarto łzy i już przy następnej melodii wesoło świętowano. Niestety radość ta nie trwała długo, ponieważ w pewnym momencie spadł siarczysty grad z deszczem, którego siła była tak wielka, iż jego rumor zagłuszał śpiewy i granie ośmioosobowej grupy Mariachis. Dopiero po około piętnastu minutach niebo się zlitowało i można było kontynuować fiestę.
Nie wiem o której impreza się zakończyła, ponieważ opuściliśmy towarzystwo wraz z dziadkami, matką i siostrą dosyć "wcześnie", wierzę jednak, że zabawa trwała do białego rana. Bardzo mile pożegnali mnie rodzice chrzestni Alejandra, którzy widząc moje onieśmielenie, powiedzieli, abym czuła się swobodnie, ponieważ jestem wśród swoich, którzy już teraz stanowią moją rodzinę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz