El Parque Nacional Desierto de los Leones - cz. 1

Wreszcie, po trzech nieudanych próbach, kiedy to podróż do tegoż miejsca nieustanie uniemożliwiało łóżko, z którym za każdym razem musieliśmy walczyć, albowiem nie chciało nas wypuścić ze swych pieleszy, wstaliśmy względnie wcześnie i wyruszyliśmy do przeogromnego Parku Narodowego Desierto de los Leones, który położony jest na dwóch [z wielu] pasm górskich okalających Miasto Meksyk i będących częścią pasa wulkanicznego.
Chociaż droga jest długa (2h) i mało komfortowa (duży odcinek trasy trzeba przebyć autobusami, w których miejsca siedzące i przestrzeń na nogi są tak małe/wąskie, że chyba jedynie hobbici mogą czuć się w nich swobodnie), warta jest wysiłku nie tylko ze względu na ostateczny cel podróży, lecz również krajobraz, który można dostrzec z okien wyżej wymienionego środka transportu. Mianowicie arteria komunikacyjna biegnie (jak serpentyna) wokół góry, dzięki czemu z hobbitobusu możemy podziwiać przepiękną panoramę Miasta Meksyk, przede wszystkim dwóch dzielnic wchodzących w jego obszar - Cuajimalpa i Álvaro Obregón. Również amatorzy mocnych wrażeń i sportów ekstremalnych nie poczują się zawiedzeni, albowiem droga bardzo często prowadzi nad "urwiskiem". Dodatkowy dreszczyk emocji może dodać sam gorącokrwisty kierowca, który na takich odcinkach nigdy nie wymięka i nie spuszcza nogi z gazu jak jakiś niedorobiony Europejczyk ....




Chociaż położone u podnóża góry domy nie wyróżniają się niczym szczególnym (tzn. większość z nich), niejeden mieszkaniec apartamentu, czy ekskluzywnej willi w betonowej dżungli mógłby pozazdrościć widoków z okien tych skromnych budynków, z których podziwiać można panoramę miasta oraz leśny krajobraz zielonego terenu otaczającego Park Narodowy. Ponadto ludzie zamieszkujący te tereny wyżynne mogą uważać siebie za szczęśliwców, albowiem słabe trzęsienia ziemi, tj. poniżej 7° w skali Richtera, są tutaj niewyczuwalne! Niestety, jak to bywa w naturze - coś za coś .... Region ten pod względem termicznym jest chłodniejszym od pozostałej części DF i występujące tutaj opady, wiatry i inne zjawiska pogodowe mają naturalnie większe natężenie niż w niżej położonych częściach miasta.
Kiedy znajdziemy się już na terenie Parku Narodowego i zanim zdążymy upoić się pięknem lasu, zostaniemy zaatakowani przez namolnych kelnerów zapraszających na wykwintne burrito w ich ekskluzywnej restauracji z plastikowymi krzesłami i stołami umiejscowionymi pod namiotem z tworzywa polimerowego. O dziwo, część z tychże przybytków dodatkowo reklamuje się wizerunkiem znanego z Madagaskaru lwa Alexa, dając tym samym popis swej głupoty i niewiedzy o historii terenu, w którym się znajdują (lub gorzej: deprecjonowania inteligencji przeciętnego turysty). W rzeczy samej dla obcokrajowców nazwa parku - Desierto de los Leones (Pustynia lwów) może zaskakiwać, albowiem terenowi temu bliżej do tajgi, niż wyschniętej gleby, a sama obecność lwów na tej ziemi byłaby tym, czym koczowanie bocianów w Grenlandii. Pierwszy człon nazwy Parku ma związek ze znajdującym się tutaj Zakonem Karmelitów Bosych. Mianowicie mieszkający tutaj mnisi swój klasztor i otaczający go las, w których jedynym odgłosem było echo szumiących liści i ćwierkających ptaków, nazywali metaforycznie pustynią (= el desierto). [Przypuszczalnie w późniejszym czasie] Nazwa ta dotyczyła wszystkich terenów zielonych położonych na odludziu, w których bracia mogli w ciszy oddawać się medytacjom i wypełnianiu swych ślubów zakonnych (stąd też nazwa innego Parku - Parque Nacional Desierto del Carmen (Estado de Mexico), w którym znajduje się XVIII-wieczny klasztor Santo Desierto (również Karmelici Bosi)). Tymczasem druga część nazwy odnosi się prawdopodobnie do nazwiska jednego z tutejszych kacyków (wodzów).
Obecna forma klasztoru jest drugą (a nawet trzecią) konstrukcją, albowiem pierwszą budowlę, która została wzniesiona na początku XVII wieku, niemalże doszczętnie zniszczyły pożary, wilgoć i mocne trzęsienia ziemi. Dlatego też na początku lat 10' XVIII wieku tenże przybytek rozebrano i zbudowano ponownie pod czujnym okiem Manuela de Herrera'y i José Antonia de Roa'y (sic! ^^). Jednakże bracie długo nie nacieszyli się tym miejscem, albowiem, gdy w 1810 roku wybuchła wojna o niepodległość Meksyku musieli oni opuścić klasztor (inna wersja głosi, iż już przed 1801 rokiem zakonnicy przenieśli swój dobytek do Tenancingo, a powodem ich przeprowadzki nie były rozruchy w państwie, lecz uciążliwy klimat). Po zakończeniu działań wojennych w 1811 roku Karmelici przekazali prawa własnościowe majątku nowemu rządowi meksykańskiemu. Przez następne dekady budynek klasztoru i otaczające go lasy były świadkami kolejnych wojen. W tym czasie tereny zielone wykorzystywane były jako poligon wojskowy, a także kryjówka rebeliantów. Samo miejsce, które niegdyś stanowiło oazę spokoju i dom ludzi szukających wyciszenia, stało się kryjówką morderców i "drobnych" rzezimieszków, a następnie fabryką fałszywych pieniędzy.
Współcześnie od wielu już lat klasztor stanowi jeden z głównych punktów turystycznych na zielonym szlaku Parku Narodowego. Bilet wstępu kosztuje mniej niż butelka Coca-Coli (jedyne 11MXN~2,75PLN), zatem można je odwiedzać wielokrotnie bez obawy, iż straci się połowę stypendium, czy znaczną część wypłaty (czyli tak, jak to najczęściej jest w Europie (zwłaszcza w Polsce)). W cenie karty wstępu jest przewodnik w stroju karmelity, który z powagą na twarzy opowie nam historię klasztoru i o zwyczajach zakonników, teatralnym głosem spróbuje przestraszyć legendami mrożącymi krew w żyłach, a następnie zaśpiewa monodię w podziemnych katakumbach. Będzie starał się również utrzymać dyscyplinę wśród ludzi, gdyż zawsze znajdzie się grupa oszołomów, która w miejscu wiecznego spoczynku Karmelitów będzie się drzeć na całe gardło i udawać duchy, czy też parka gorących, silikonowych piędziesiątek, która chichocząc jak młode nimfy na wydaniu będzie ratować siebie wzajemnie przed robaczkami ugrzęźniętymi w ich tlenionych włosach.
Ciężko jest powiedzieć, które z miejsc w tymże klasztorze najbardziej przypadło mi do gustu, ponieważ uważam, iż w każdy zakątek tego przybytku jest na swój sposób piękny i godny uwagi. Przyznam jednak, że niezwykle interesująca była komnata tajemnic (5. zdjęcie od końca), w której bracia gromadzili się na wspólną wieczerzę i której akustykę w sprytny sposób wykorzystywano do wyjawiania grzechów (mianowicie, ktoś stał w jednym z jej rogów i wyszeptywał swoją "tajemnicę", echo jego głosu rozchodziło się w ten sposób, że był słyszany przez tych, którzy zasiadali w pozostałych kornerach) ...










Komentarze

Popularne posty