sobota, 20 kwietnia 2013

Kilka słów o czekoladzie

Kiedy wyjeżdżałam do Meksyku jedna z bliskich mi osób poprosiła mnie, abym przywiozła jej choć jedno ziarenko kakaowca. Ja sama wyobrażałam siebie, jak daję upust mojemu uzależnieniu od czekolady nie bacząc na zwiększające się centymetry w talii i biodrach. Albowiem gdzie indziej, jak w kraju, z którego to właśnie złoto (sic!) wzięło swój początek, mogłabym znaleźć wspanialszy raj dla mego podniebienia? Toć to sami Aztekowie i Majowie czynili pewien rytuał z picia kakao (pili je w trakcie uroczystości religijnych), zatem dlaczego ja nie miałabym wyprawić czekoladowej orgii dla moich zmysłów?! .....
Dlatego też nie w sposób opisać rozczarowania, jaki mnie spotkał na ziemi potomków tychże wielkich plemion indiańskich. Montezuma w grobie się przewraca, gdy widzi, co się dzieje w Meksyku. Chcę wierzyć, że tragicznie niska jakość kakaa (w nieproporcjonalnie wysokiej cenie) i praktycznie niemożliwe zdobycie ziaren kakaowca (chociaż jak na złość w lepszych sklepach z artykułami gospodarstwa domowego można dostać specjalne moździeże do rozgniatania ziaren (?), a zatem jakoś one muszą być dostępne) występuje jedynie w stolicy, natomiast w innych stanach jest większy wybór (np. w Tabasco i Oaxaca (ponieważ tam  kakaowiec rośnie i jest wstępnie obrabiany)). Oczywiście nie mówię, że dobrej jakości czekolady nie ma - jest - często importowana (np. Lindt i Ritter Sport) i tak jak rodzima produkcja (np. Que Bo!) jest dostępna wyłącznie w ekskluzywnych sklepach (powrót do XVI wieku?). Nie od dziś wiadomo, że za jakość trzeba płacić, jednak czemu nie pozostawia się w zwykłym markecie większego wyboru przeciętnemu Garcia, gdy najdzie go ochota na gorące kakao, tylko zmusza do zasuwania na drugi koniec miasta (a Mexico City to duuuuża aglomeracja)? Jedyne dobre smakowo kakao marki Hershey's, które jest dostępne praktycznie w każdym sklepie, jest produkcji amerykańskiej (tzn. ziarno kakaowca pochodzi z Meksyku, lecz kapitał jest zagraniczny), gdyż pozostałe to sama chemia zmieszana z - uwaga - nierozpuszczalnym cukrem. Dlatego też tęskno mi do "naszego", holenderskiego kakaa, które w zmieszaniu z mlekiem i odrobiną cukru staje się istną ambrozją bogów. Nie tracę jednak nadziei na posmakowanie prawdziwego, 100% meksykańskiego [, zmielonego] kakaowca, albowiem mój wybranek obiecał mi, że w nadchodzących miesiącach wybierzemy się w podróż po najbliższych i najbezpieczniejszych stanach, abym mogła poznać nie tylko krajobrazy i kulturę tych regionów, lecz także odnaleźć miłe memu sercu smakołyki.


Jeżeli ktoś z Was zna język hiszpański, polecam odwiedzić tę stronę: http://comoeneltianguis.com.mx/2011/02/14/el-chocolate-medicina-para-el-mal-de-amores/ (pozostali również, ponieważ autor zamieścił ładne obrazki ;))

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz