Duchy Meksyku

Każdy, kto choć w najmniejszym stopniu zna kulturę Meksyku i podejście mieszkańców tego kraju do śmierci nie dziwi się na wieść o kolejnej imprezie na cmentarzu, czy nowej kolekcji talizmanów z ludzkich kości. Jednak powszechnie panująca opinia o wszechobecnosci gości z zaświatów, regularnie odwiedzających świat żywych i świadków takich "objawień" może w pewnym momencie wzbudzić wątpliwości, co dokładnie widzi się przed oczyma swej duszy. Praktycznie każdy Meksykanin zapytany o duchy etc. przyznaje, że w przeszłości był świadkiem zjawiska paranormalnego. Jako przykład podam historię mojej teściowej. Kilka lat temu pracowała na nocną zmianę w Walmarcie. Ponieważ była odpowiedzialna za sprawy związane z księgowością itp powinna była być sama w pokoju. W pewnym momencie otrzymała telefon od ochrony z zapytaniem "kim jest ta kobieta, która stoi za nią i dlaczego znajduje się w pokoju, skoro nikt inny oprócz niej [tj. mamy Alexa] nie ma prawa być się w tymże pomieszczeniu". Ta zdziwiona ogląda się za siebie i odpowiada, iż jest sama. Na co ochroniarz mówi: "Ależ widzimy dokładnie na kamerze, że za Tobą stoi jakaś kobieta". W tym momencie teściowa uciekła z krzykiem z pokoju. Uprzedzając wątpliwości - nie był to głupi żart security. Na taśmie faktycznie zarejestrowano jakąś tajemniczą osobowość ... Ponadto mówi się, że duchy bardzo często pojawiają się w tymże markecie szczególnie upodobawszy sobie dział dziecięcy ..........
Nie zaskoczę nikogo mówiąc, że kolejnym miejscem regularnie odwiedzanym przez "umarłych" jest metro. Podobno, kiedy 50 lat temu wyruszyły pierwsze pociągi podziemne, nie przeszkoleni "maszyniści" niejednokrotnie doprowadzali do wypadków, w których ginęły setki ludzi. Od tego czasu krąża n-i-e-s-a-m-o-w-i-t-e historie o upiorach i innych stworach straszących wciąż lub jeszcze żyjących pasażerów. Sam YouTube przepełniony jest filmikami, w których rzekomo można dostrzec i/lub usłyszeć owych osobników. Przykładem tego może być poniższy filmik:


 Czy to prawda, czy nie - pozostawiam do własnej oceny. Mój luby wierzy i dodaje, że ojciec jego kolegi pracując jako motorniczy pociągu niejednokrotnie stanął oko w oko z duchami. Twierdzi też, ze w czasach studenckich, kiedy wraz z grupą kolegów prowadzili pomiary w tunelu metra (w ramach praktyk studenckich) w nocy natknęli się na, wydawałoby się, normalnego robotnika. Zapytali go o odległość do następnej stacji, nie widzieli jednak wyraźnie jego twarzy, gdyż było bardzo ciemno, a jedynym oświetleniem była lampa, którą każdy z nich miał na kasku ochronnym. Później okazało się, iż "człowiek" ten był widmem, które regularnie nawiedza tę stację metra, na której się znajdowali - Piño Suarez (uświadomił ich opiekun zapewniający, że jest on jedynym pracownikiem w danym rejonie, a osoba, którą spotkali "od bardzo dawna tam nie pracuje" (ów zginął w metrze w trakcie wykonywania swych obowiązków)) .....
W ten oto sposób powstaje wierzenie, że czyiś duch znajduje sie zawsze obok "Nas". Niekiedy jednak wiara ta, lub opętanie może być początkiem szaleństwa i dramatu. Tak właśnie mogło być z mieszkańcem wyspy w Xochimilco, która obecnie nosi nazwę Isla de Muñecas, czyli Wyspa lalek. "Stworzył" ją Julian Santana Barrera, pustelnik. "Pod koniec roku 1950 Don Julian Santana Barrera zdecydował się na życie pustelnika porzucając żonę i rodzinę. Na miejsce swej samotni wybrał niewielką wyspę. Nieliczni mieszkańcy, pamiętający mezczyzne mówią, że był on dobrym oraz mądrym gospodarzem, żyjącym ze sprzedaży własnych produktów rolnych. Co więc sprawiło, że porzucił on dotychczasowe życie i zamieszkał na odludziu? Julian był bardzo religijną osobą, ale nie ustrzegło go to przed szponami alkoholizmu. Pijany chodził po gospodarstwach i żebrał o pieniądze, które trwonił w alkoholu. Sąsiedzi odwrócili się od niego, unikali go oraz traktowali oschle wypominając mu pijaństwo i zgorszenie. Don Juan nie mógł tego znieść i odciął się od ludzi osiedlając się na odległej wyspie. Lecz i tutaj nie dane było mu zaznać samotności. Po kilku dniach zaczął słyszeć dziecięcy głos, który zdradził mu swoją tajemnicę. Tajemnica ta zburzyła jego spokój i gnębiła go do końca jego dni. Niewiadomą jest co powiedziała mu zjawa, ale miejscowe legendy tłumaczą pochodzenie tego ducha. Otóż wiele lat przed Julianem (zdarzenie to miało mieć miejsce około roku 1920) trzy dziewczynki bawiły się na wyspie. Zabawa skończyła się tragicznie dla jednej z nich - utonęła ona w mętnej wodzie jeziora w pobliżu niewielkiego molo. Sekretem jest w jaki sposób doszło do tego wypadku. Mieszkańcy twierdzili, że z niewiadomej przyczyna dusza dziewczynki została na wyspie. Przestraszeni, uznali wyspę za przeklętą i nie zbliżali się do niej, w szczególności nocną porą - kiedy to usłyszeć można było tajemnicze głosy dochodzące z lądu. Po przybyciu Juliana na wyspę, zjawa dziewczynki rozmawiała z nim i zdradziła mu sekret swojej śmierci. Miała poprosić go o przysługę: ofiarowanie jej lalek - nie tylko do zabawy, ale także by strzegły jej przed starożytnymi, złymi duchami, które błąkały się po tych prehistorycznych mokradłach (należy pamiętać, że wierzenia ludów Ameryki Środkowej są ściśle związane z lalkami). Ten usłuchał prośby dziewczynki i od tej pory zaczął zbierać lalki z okolicznych śmietników i ścieków, a także nabywał je za swoje owoce i warzywa (istnieje także teoria, ze działanie to mialo na celu odstraszenie potencjalnych intruzów - dop. Fresita). Wieść o jego "działalności" rozeszła się w okolicy i po pewnym czasie niektórzy mieszkańcy sami zaczęli przynosić mu stare lalki. Julian przybijał i przywiązywał okaleczone lalki - bez włosów, oczu i kończyn - do drzew oraz zbitych desek. Liczba lalek dostarczanych duchowi okazywała się wciąż zbyt mała. Zjawa dziewczynki była jedynym stałym towarzyszem mezczyzny przez ponad pół wieku. On sam do końca swych dni zbierał lalki, a ostateczna ich liczba na wyspie przekracza tysiąc. Zmarł 17 kwietnia 2001 roku. Naturalnie jego śmierć jest również tajemnicza - utonął dokładnie w tym samym miejscu, w którym zginąć miała dziewczynka (chwyt marketingowy? - dop. Fresita). Mieszkańcy wierzą, że duch Juliana dołączył do dziewczynki i teraz oboje mieszkają na wyspie. Wyspie, której strzegą makabryczne i upiorne lalki. (źródło: http://www.paranormalne.pl/topic/25810-wyspa-martwych-lalek/)" ...


Przyznam się bez bicia, ze spośród legend, które poznałam w Meksyku, jest jedna, która budzi w mym sercu pewien lęk. Mianowicie - La Llorona, czyli Płaczka, jest legendą znaną w całej Ameryce Południowej i Środkowej i w zależności od regionu występują pewne rozbieżności co do jej historii (opiszę je wszystkie w osobnej notce). Jednakże wszystkie wersje łączą dwa najważniejsze motywy - zabójstwo dzieci i samobójstwo ich matki. Zgodnie z tą najbardziej znaną, pewna piękna kobieta o imieniu Maria marzyła o przystojnym i bogatym księciu z bajki. Jej pragnienie w niedługim czasie się spełniło. Ze związku zrodzili się dwaj synowie i jedna córka. Chociaż bardzo kochała swego męża, ten nie podzielał jej uczucia i nie szanował. Ponieważ jego praca wymagała licznych wojaży, bardzo często przebywał poza domem. Wkońcu obwieścił małżonce, że odchodzi od niej, jednak zastrzega sobie prawo do odwiedzin pociech kiedy tylko będzie w pobliżu miasta. Pewnego razu wracając z jednej ze swych wypraw przywiózł ze sobą inną kobietę, co dogłębnie zraniło Marię. Upokorzona niewiasta w szale spowodowanym zazdrością utopiła swe dzieci w rzece. Kiedy doszło do niej, co uczyniła, zabiła się nad brzegiem rzeki (prawdopodobnie wskoczyła do niej kończąc swój żywot). Następnego ranka mieszkańcy miasta wydobywszy jej zwłoki pochowali w białej sukni w rzece. W nocy usłyszeli przeraźliwy kobiecy lament i krzyk - ¿Donde estan mis hijos? - Gdzie sa moje dzieci - który okazał się należeć do zmarłej Marii. Od tego czasu co noc można spotkać jej nieszczęsną duszę szukającą swych dzieci ...


Historia, którą przytoczyłam wyżej wspomina o młodej kobiecie. Tymczasem istnieją podania, w których Maria jest wdową, której dzieci zamordowane zostają przez bandytów, tudzież przez nią samą, jako "dowód (chorej) miłości". Inna wersja tej legendy mówi o tak ubogim małżeństwie, że nie stać ich było na posiadanie potomstwa. Kiedy zatem kobieta zaszła w ciążę mąż był wściekly i tej samej nocy, której powiła chłopca chwycił dziecko i utopił je w rzece. Z czasem kolejne maleństwa przychodziły na świat i każdorazowo mąż z zimnym sercem je mordował. Gdy urodziło się piąte dziecko, żona nadaremnie błagała męża, aby zlitował się i chociaż temu jednemu noworodkowi pozwolił żyć. Ponieważ była słaba ostatkiem sił podążyła za mężem w kierunku rzeki nie ustając w nawołaniach o okazanie miłosierdzia. Kiedy mężczyzna wrzucił dziecko do wody, kobieta wskoczyła za nim w wir rzeki, aby uratować synka, lecz jej watłe ciało utonęło wraz z niemowlęciem.
Istnieje przekonanie, ze ujrzenie Llorony zwiastuje śmierć. Są jednak też tacy, którzy twierdzą, iż wręcz przeciwnie - przestrzega ona przed zbliżającym się niebezpieczenstwem. Jej legenda ma w krajach latynoskich także pewną wartość "pedagogiczną". Mianowicie dorośli karcąc niegrzeczne dzieci mówią, że te powinny poprawić swe zachowanie, gdyż w przeciwnym wypadku zabierze je Llorona.
Na zakończenie warto wspomnieć, że w Meksyku co sobotę ok godz. 17 (i chyba też w niedzielę) na programie TV Azteca 13 emitowany jest serial Lo que la genta cuenta - Co ludzie opowiadają, w którym oczywiście w stylu typowej meksykańskiej telenoweli przedstawiane są niestworzone historie o upiorach etc. Chociaż opowieści rzeczywiscie mogą wywołać gęsią skórkę, widok przerażonego kawalera typu latino lover z wydepilowanymi brwiami, rozchełstaną koszulą i brylantyną we włosach oraz napompowanej gdzieniegdzie silikonem i tlenionej na siłę Barbie powoduje, że widzowi takiemu jak ja grozi raczej poważny skurcz mięśni brzucha (ze śmiechu), niż palpitacja serca.

Komentarze

  1. próbowałam wypatrzyć tego ducha z metra - kiedy on się pojawia? ^^

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty